wtorek, 5 stycznia 2010

Nowy blog!

... tematy polsko-niemieckie, pisanie i rozmyślanie o Gdańsku, będą kontynuowane również w nowym roku, a będzie się to odbywało na mojej nowej stronie internetowej

www.sabrinajanesch.de

Są tam też dokładniejsze informacje na temat mojej debiutanckiej powieści „Katzenberge”, która ukaże się jesienią 2010 roku nakładem wydawnictwa Aufbau-Verlag.

Podpowiem jeszcze, że w piątek, 8 stycznia o godz. 11:05 w telewizji WDR zostanie nadany na żywo wywiad ze mną. Temat: Ja jako pisarka miejska Gdańska.

...i co najważniejsze: Wszystkim czytelnikom życzę radosnego i udanego roku 2010!

piątek, 18 grudnia 2009

Przy oknie II

Na początku sierpnia napisałam w swoim pierwszym wpisie do blogu:

"Na dworze świeci słońce, Gdańsk przywdział letnią szatę, a kwiaciarki ustawiły się dookoła mojego samochodu, tak więc do wieczora będzie otoczony goździkami i słonecznikami. Mewy przecinają niebo, będzie mi ich brakowało, wiem to już teraz."

Jak bardzo miałam wtedy rację! Dziś, niecałe pięć miesięcy później, kwiaciarki nie stoją już wokół mojego samochodu, żadne kwiaty nie wyrastają z niespodziewanych miejsc – dzisiaj w tym miejscu leży centymetrowa warstwa śniegu, wszystkie kałuże są zamarznięte, jest zima. Nie tylko mew będzie mi brakowało, przede wszystkim będzie mi brakowało ludzi z tego miasta.

Ostatni wpis do blogu. Cóż jeszcze zostało do powiedzenia? Jak niesamowicie intensywny był to czas, pełen wrażeń, zadań, wyzwań? Sądzę, że to i tak jasno wynika z tego, co zostało napisane w blogu. Może powiem, co mnie czeka w najbliższej przyszłości: Od stycznia do marca będę korzystać ze stypendium Domu Pisarza w Stuttgarcie, gdzie będę dalej pracować nad moją gdańską powieścią (moją drugą powieścią). A jesienią 2010 roku ukaże się wreszcie moja pierwsza powieść "Katzenberge" (Kocie góry – przyp. tłum).

A poza tym – nie trzeba będzie długo czekać na następny blog pod moim nazwiskiem, który również będzie się zajmował tematyką polsko-niemiecką, podróżami na wschód i wielekroć opowieściami o historii i literaturze.

Wszystkim czytelnikom życzę zatem wszystkiego, co najlepsze i do zobaczenia już wkrótce!

środa, 16 grudnia 2009

Dowód



Śnieg! Gdańsk wygląda, jakby był posypany cukrem pudrem.

Po wczorajszym pożegnalnym wieczorze autorskim, który oficjalnie zakończył stypendium, czas blogu również powoli zmierza ku końcowi...
Jeszcze przynajmniej jeden raz znajdę czas na napisanie pożegnalnego wpisu do blogu, by wszystko odbyło się jak należy!

niedziela, 13 grudnia 2009

Robi się bardzo świątecznie



Tak więc pojutrze nastąpi oficjalny koniec mojego czasu w Gdańsku. Dziś spełniło się moje wielkie życzenie – nareszcie, jeszcze przed moim wyjazdem z Gdańska, zaczął padać śnieg!

To, czego jeszcze będzie mi brak, to siedzenia i picia kawy w niedzielne przedpołudnia u Pellowskiego na Długiej. A tym razem nawet z widokiem wirujących płatków śniegu przed Ratuszem, kiedy ktoś otwiera drzwi i wchodzi.

Trzeba więc dyskretnie poinformować zimę, że choć wieczór autorski odbędzie się we wtorek, to ja tu pozostanę jeszcze do końca tygodnia, a to oznacza jeszcze tyle okazji, żeby porządnie przysypać miasto śniegiem!

czwartek, 10 grudnia 2009

Herder

Z mojego czasu w Gdańsku pozostało niewiele ponad tydzień!
Jego koniec jest już dostrzegalny. Już wczoraj wygłosiłam wykład w Centrum Herdera na temat mojego pobytu w Gdańsku, moich wielorakich zadań i obowiązków tutaj na miejscu.
W przyszłym tygodniu we wtorek odbędzie się oficjalne zakończenie – o godzinie 18.00 w Nowym Ratuszu, w Sali Herbowej, będzie wiele przemówień, a potem rozmowa połączona z czytaniem krótkich tekstów.

Nadszedł zatem moment, by dokonać podsumowania spędzonego tu czasu, tych kilku miesięcy, tego, co one mi dały. Przyjechałam tutaj w środku lata, opuszczam miasto w zimie.
Mogę powiedzieć, że miałam dużo szczęścia, bo znalazłam tutaj dokładnie tyle (a nawet więcej), czego oczekiwałam od Gdańska: substancję miasta, różnorodność, ciekawych ludzi, z których każdy ma własne fascynujące losy i rodzinną historię.

Tak, nawet jeśli jak najdokładniej przyswoiłam sobie miasto (tak pod względem architektonicznym, jak i geograficznym), to jednak najbardziej chyba będzie mi brakowało przede wszystkim ludzi, gdańszczan.
To oni są źródłem inspiracji. Tego, co stanowi ich tło – miasta – również będzie mi brakować. Mimo to jednak dobrze będzie oddalić się od niego, aby przed oczami duszy stworzyć je na nowo. W procesie tworzenia dystans jest rzeczą niezbędną.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Malbork




W weekend zrobiłam sobie krótką wycieczkę za miasto do Malborka. Już od dawna to miałam w planie i teraz, niedługo przed wyjazdem, chciałam to zrealizować…
Za oknem pociągu grudniowa szarość, szyby były zupełnie zaparowane oddechami ludzi siedzących w przedziale. Jakimś cudem jednak wysiadłam na właściwej stacji.

Krótka przebieżka po miasteczku Malbork aż do zamku rozpościerającego się nad brzegiem rzeki. A słowo "roz-pościera" jest w tym kontekście chyba najbardziej trafnym określeniem – naprawdę trudno byłoby chyba znaleźć podobnie rozległy kompleks architektoniczny.

Opłaciło się, i to nawet bardzo. Malbork to nie tylko cud architektury późnego średniowiecza, stanowi on także encyklopedię sztuki i historii restauratorskiej, która mówi o tym, kto, jak i co zniszczył i kto, jak i co odbudował. To, co dziś widzimy to tylko wynik, coś, co w tej chwili znajduje się na końcu łańcucha zdarzeń. Właśnie – to jest teraźniejszość, która będzie się rozwijała dalej.

sobota, 5 grudnia 2009

Leśne powietrze

Od wczoraj pośrodku ulicy Długiej, zaledwie parę kroków od fontanny Neptuna, rozpościera się gęsty, wysoki las. W każdym razie można by tak pomyśleć, stojąc na drugim końcu Długiej i kierując spojrzenie obok Ratusza w stronę Motławy…
Ustawiono tam olbrzymią choinkę, wysoką na kilka metrów jodłę, i nie można sobie wyobrazić, że gdzieś na Syberii rośnie piękniejszy okaz niż ten tutaj.

Tak też można by sobie przynajmniej pomyśleć, a zwłaszcza wówczas, gdy miało się okazję zobaczyć to drzewo, zanim zostało przystrojone....
Kiedy przechodziłam obok niego parę godzin po jego ustawieniu, żeby zaczerpnąć jeszcze nieco leśnego powietrza, zapachu żywicy, wspaniała zieleń jego igliwia ledwo była widoczna, bo choinka była już obwieszona girlandami światełek w kolorze białym, czerwonym, niebieskim i we wszelkich innych barwach, jakie dostępne były w pudełkach z girlandami świetlnymi.
Cóż zrobić, po prostu coraz bliżej do Bożego Narodzenia! W niedzielę będzie świętego Mikołaja, nie da się zaprzeczyć!

czwartek, 3 grudnia 2009

Deutsche Welle

Dzisiaj w Café Ferber udzielałam wywiadu dziennikarce ze stacji radiowo-telewizyjnej Deutsche Welle.
Kiedy wreszcie w ciepłym wnętrzu kawiarni odtajały nam nosy i dłonie (w nocy z nagła pojawiła się w Gdańsku zima, na trawniku w parku i na samochodach zaparkowanych na ulicy leżał szron), a obsługę udało się przekonać do wyłączenia muzyki, rozmowa potoczyła się w kierunku niemieckiego i polskiego samopostrzegania i ewentualnej roli „pisarza miejskiego” w tym kontekście.

Co bowiem można osiągnąć, piastując taką funkcję („urząd”, jak to stanowisko jest określane po polsku), co można zdziałać? Już wkrótce po moim przyjeździe do Gdańska wiedziałam, że w żaden sposób nie da się tego porównywać z normalną pracą pisarza.
Chodziło tutaj o coś więcej, ta działalność stanowiła również polityczne przesłanie, było to stypendium o wymiarze politycznym.

Na pytanie, co takiego tutaj robiłam, po którym jednym tchem wyrecytowałam wszystkie swoje obowiązki, dziennikarka mocno się zdziwiła i zapytała "I wszystko to w ciągu 5 miesięcy? "
Tak, powiedziałam, to wszystko w ciągu 5 miesięcy, a przy tym udawało mi się nawet popracować trochę nad powieścią, od czasu do czasu.

wtorek, 1 grudnia 2009

1 grudnia

Już pierwszego dnia grudzień pokazuje się od swojej bezlitosnej strony – od dzisiejszego ranka światło dnia nie nabrało pełni, a za dwie godziny dzienna szaruga znów prędko zmieni się w wieczorną i nocną czerń.
Jeszcze latem nie przypuszczałabym, że będzie mi brakowało jarmarku bożonarodzeniowego, ciągnącego się wzdłuż ulic i wprawiającego w dobry nastrój rozmaitymi światłami i smakołykami… Moja przyjaciółka Aga powiedziała, że w weekend przed teatrem zostanie ustawiony duży namiot, w którym będzie kilka stoisk… Ale to po prostu nie to samo.

Znajoma wyjechała wczoraj poirytowana do Warszawy. Powiedziała, że czasami już nie wytrzymuje w Gdańsku, a już od dwóch lat pracuje w tym mieście i mimo to nie może się do niego przyzwyczaić. Teraz odwiedza swoich przyjaciół w stolicy i codziennie korzysta z możliwości wybrania się do 20 różnych galerii i na tyleż wernisaży.

Ja nie mam wielu powodów do narzekania – miasto wielkości Gdańska o wiele bardziej mi odpowiada, a oferty kulturalnej z całą pewnością też tutaj nie brakuje. Sama już nie wiem, ile koncertów, wernisaży i wieczorów autorskich mnie ominęło, bo ja akurat uparłam się, żeby w tym czasie pisać. Nie, do Warszawy nic mnie nie ciągnie!

niedziela, 29 listopada 2009

Uśmiech proszę!

Dzisiaj – szary, deszczowy dzień, już około trzeciej zaczęło zmierzchać… Dzień jakby stworzony do tego, by spędzić go w domu, siedząc w fotelu przy dużych ilościach herbaty i dobrej książce.
Ale co zrobić, jeśli kogoś wciąż ciągnie na zewnątrz, bo czuje, że jeśli nie wyjdzie na dwór i nie pochodzi po ulicach, to coś w tym mieście przegapi?

Wtedy pozostaje ubrać się w kurtkę przeciwdeszczową, nałożyć zimowe buty (wysoko profilowane!) i; naprzód na przekór deszczowi i chłodowi. Wiadomo, że rozmyślać można w każdą pogodę, tak więc pogrążona w myślach wędrowałam przez Śródmieście z kapturem głęboko nasuniętym na czoło. Nawet gołębie siedziały kompletnie zmoczone i zmierzwione na schodach Dworu Artusa – to był żałosny widok.

Mój nastrój, choć przytłumiony, wcale nie był zły; każdy wie, jaki wyraz twarzy ma człowiek, kiedy jest skupiony… Otóż w chwili, gdy miałam zamiar skręcić w ulicę Lektykarską, wyskoczył przede mną jakiś starszy niemiecki turysta i wesoło wykrzyknął: „Uśmiech proszę!”
Nie ma to jak jegomoście, których nie opuszcza dobry humor!

piątek, 27 listopada 2009

Lustrzany obraz

Dziś na ulicy Świętojańskiej, niedaleko mojego mieszkania, przeżyłam coś urzekającego – jakiś mężczyzna niósł barokowe lustro, trzymając je z boku, pod pachą, a właściwie to taszczył je, bo tak było ciężkie.
Kiedy przechodził przez ulicę, trzymał lustro akurat pod takim kątem, że odbijała się w nim część kościoła Mariackiego i położonego przy nim parku…
Odrealniona rzeczywistość! ... oto, co może wywołać taki wycinek – zdumienie faktem, że istnieje nie tylko rzeczywistość otaczającego nas świata, lecz także rzeczywistość luster.

Szkoda, że nie udało mi się w odpowiednim momencie wydobyć mojego aparatu fotograficznego, żeby uchwycić ten podwójny Gdańsk. W każdym razie natychmiast pomyślałam o roli literatury, rzecz jasna przede wszystkim literatury związanej z Gdańskiem.
Ona też próbuje przedstawiać Gdańsk i czyni to tak, jakby naprawdę go przedstawiała, jednak jest to zawsze rzeczywistość lustrzana. To wszystko tylko tak wygląda, ale tak naprawdę jest to coś innego – wymiar równoległy. Literatura.

środa, 25 listopada 2009

Poczta

Dochodzę do przekonania, że „oficjalnym” miejscem, które najczęściej odwiedzałam w trakcie mojego pobytu tutaj jest poczta przy ulicy Długiej. Dziś znów tam byłam, żeby kupić parę kartek bożonarodzeniowych i karton na paczkę świąteczną... uwielbiam przychodzić na pocztę, posiedzieć na dębowych ławkach, pogładzić lwie główki, którymi ławki są zakończone i przyglądać się zdobiącemu ścianę reliefowi z gołębiami.

Często wchodzą tam turyści, ot tak sobie, żeby popatrzeć, jak jest w środku. Pomieszczenie poczty zdecydowanie należy do tych lokali przy Długiej, które koniecznie trzeba zobaczyć. Jestem pewna, że wielu ludzi bierze numer z małego automatu przy wejściu po prostu dla zabawy.

Tyle razy już podziwiałam ten relief z motywem gołębi, ale dopiero ostatnio, kiedy chciałam przelać trochę pieniędzy i w tym czasie do pomieszczenia poczty weszła grupa przedszkolaków, zrozumiałam ich głębszy sens.
Przedszkolanka zapytała maluchy, co tam u góry widzą – Gołębie! – po czym wyjaśniła im, że są one tam dlatego, że w dawnych czasach to właśnie gołębie przynosiły pocztę.
"Nie wierzę w to", powiedział na to jeden z dzieciaków.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Kolor. Zabarwienie

Długi spacer po Starym Przedmieściu i Dolnym Mieście z Aleksandrem Masłowskim, znanym w mieście (i poza nim) ekspertem w sprawach Gdańska. To, czym zajmuje się na jednej ze swoich stron internetowych (www.rzygacz.webd.pl) znalazło zastosowanie również w czasie spaceru – przyswajanie i zrozumienie historii za pomocą historii osobistych, dziejów „zwyczajnych” ludzi i miejsc.

Wielka historia znana jest każdemu. Małą znają jedynie nieliczni. Nawet jeśli jest ona przyprawiona anegdotami, legendami, baśniami, mitami – wszystko to przynależy do tego, co nazywamy historią, określamy jako ludzkie. Historia nie jest niczym innym.
Zupełnie innego stosunku (jakiegokolwiek stosunku) nabiera się do Bastionu Żubr i św. Gertrudy, kiedy usłyszy się opowieść o tym, że pomiędzy nimi, na brzegu fosy, leży pogrzebany niemiecki żołnierz, który w tym miejscu został zastrzelony. A ten szelest sitowia w uszach – naturalny, jak szept. Historia staje się tak bezpośrednia, poruszająca.

Krocząc nierówno przez tory prowadzące do dawnego dworca towarowego, poszliśmy dalej do Kamiennej Śluzy. Stamtąd przeszliśmy do ruin domu, przy których leżą trzy kloce ułożone w stos, jakoś do tej pory ani razu ich nie zauważyłam.
Kiedy podeszliśmy bliżej, rozpoznałam pomnik poległych w czasie pierwszej wojny światowej – z napisami wykonanymi starannie wycyzelowaną frakturą. Aleksander objaśnił mi, że ten pomnik został tutaj przewieziony z którejś z okolicznych wsi, prawdopodobnie po to, żeby go zniszczyć. Parę metrów za pomnikiem leżała szczęka, chyba psia.

piątek, 20 listopada 2009

Lasy Oliwskie




Listopad rozpieszcza miasto – kryształowo czyste powietrze i oślepiające słońce! Wyjazd z Andrzejem do Oliwy. Najpierw obowiązkowa przechadzka koło pogrążonych w głębokim śnie willi (od razu przyszła mi na myśl Śpiąca Królewna!), dalej droga prowadziła obok parku i katedry, wzdłuż Rynku, aż zostawiliśmy za sobą młyn.

Na drodze prowadzącej w górę do platformy widokowej liście ścielą się po kolana! Brodziliśmy w bukowym listowiu jak dzieci, śmialiśmy się aż do ochrypnięcia i rozbolały nas gardła od chłodnego powietrza. Ciężko dysząc, dotarliśmy na górę, popatrzyliśmy w stronę morza, z tyłu widać było kościół Mariacki, całkiem po lewej Sopot, a za nami – las, moreny. Tak pięknie, że zapiera dech w piersiach.

Andrzej powiedział, że w Sopocie można nawet jeździć na nartach. Co prawda niezupełnie tak jak w górach, ale zawsze to coś…
Powoli dochodzę do przekonania, że w Gdańsku niemożliwe jest tylko to, co nie istnieje.

czwartek, 19 listopada 2009

Ex oriente lux

Raniuteńko, bardzo wcześnie rano, zanim jeszcze słońce zdąży zupełnie wzejść, jedynym towarzystwem nad Motławą są wędkarze. Samo miasto śpi jeszcze, ulica Mariacka jak wymieciona, cisza i spokój.
Czasami przemknie gdzieś kot. Nie widać i nie słychać żadnych ptaków. Można by niemal usłyszeć wodę chlupoczącą o Długie Pobrzeże, tak cicho było dziś o poranku.

Zatem i ja muszę lekko stąpać, żeby nie robić hałasu, nie budzić ludzi. Idę cicho w coraz jaśniejszym świetle wstającego dnia – przyjaciel miał nocną służbę w policji i zaprosił mnie na wczesnoranne śniadanie z kawą i pączkami.

Dolne Miasto o świcie – jeszcze bardziej oddalone od rzeczywistości, bardziej rozespane niż zazwyczaj. Wydaje się, że po drugiej stronie rzeki jest jeszcze noc, pomimo światła, które nadchodząc od wschodu, rozściela się na dachach i domach…

Następny etap to mieszkanie Andrzeja. Wychodzę na mały balkon na ósmym piętrze – tu na górze mocno wieje – i patrzę na Biskupią Górkę. W ręku gorąca kawa – teraz już mogę budzić się razem z Gdańskiem.

wtorek, 17 listopada 2009

Pracowity dzień

Edukacyjna odyseja przez Gdańsk! W każdym razie takie odniosłam wrażenie…
Zaczęła się dziś o siódmej rano przejazdem tramwajem przez Wrzeszcz do Oliwy, na Uniwersytet Gdański. Tam w Instytucie Germanistyki czekało kilkudziesięciu studentów, z którymi przeprowadzam mały blok seminaryjny: O nowej literaturze niemieckiej ostatnich dziesięciu, dwudziestu lat, oraz krótki kurs przygotowawczy pisania kreatywnego.

Pani profesor, która zwykle prowadzi te zajęcia (literatura XX wieku) powiedziała mi co prawda wcześniej, że są to studenci 5 semestru, jednak byłam zaskoczona ich kompetencją językową. I wówczas, będąc tam, na trzecim piętrze uniwersytetu, o 8 rano, ogarnęło mnie ciche uczucie szczęścia – jak to wspaniale, że w Gdańsku są tak dobrze wykształceni, dwujęzyczni ludzie… W tym momencie stanowiło to dla mnie doskonałe nawiązanie do minionych czasów, to była świadomość (językowa), przed którą można jedynie chylić czoła.

Oczywiście to miało miejsce w Instytucie Germanistyki, na ulicy wprawdzie też można się z czymś takim spotkać, ale rzecz jasna rzadziej… Jednak mimo wszystko to zadziwiające, jak bardzo zbliżający i budujący zgodę może być fakt tak dobrego opanowania języka obcego. Zwłaszcza, gdy jest to język mający tak wiele wspólnego z miejscem, w którym się żyje.

W przyszłym tygodniu zatem następna część seminarium: Szkicowanie postaci oraz przestrzenie, miejsca, atmosfera. Najpierw jednak czekała mnie duża dawka herbaty – po zajęciach na uniwersytecie było spotkanie w Centrum Herdera, gdzie na początku grudnia również będę miała wykład. (Dokładniejsze informacje podam w najbliższym czasie).

niedziela, 15 listopada 2009

Dolny Wrzeszcz

Nie należy chwalić tygodnia nim nadejdzie niedziela – bo o ile jeszcze wczoraj była przepiękna pogoda, to dziś panuje tylko mokry chłód listopadowy… Wszystko jest zasnute mgłą, od czasu do czasu niebo postanawia spuścić trochę mżawki. Mimo to Michał, jego mały synek Mateusz i ja zdecydowaliśmy się, by wreszcie wybrać się na spacer, o którym już od dawna mówiliśmy –
po Dolnym Wrzeszczu, miejscu, gdzie Michał spędził swoje dzieciństwo.

Szliśmy koło Storchenhaus [„bociani dom” – potoczna nazwa przedwojennej kliniki położniczej, obecnie Szpital Kliniczny nr 2 – przyp. tłum.] ("tutaj urodził się Grass i ja"), a dalej do potoku Strzyży, gdzie banda chłopaków z tamtego czasu kąpała się latem, opuszczała się po wierzbach na niewielki piaszczysty brzeg. Puszczali statki, wyskakiwali z wody, uciekając z krzykiem przed pijawkami. Dzisiaj Strzyża jest uregulowana, obetonowana, niewiele miejsca pozostaje tu na fantazję czy dziecięce zabawy. Teraz to już wspomnienia, którymi można się dzielić z innymi… zawsze tylko one pozostają.

Następnie w okolicy ulicy Hallera – sklepik, w którym chłopcy wydawali całe swoje kieszonkowe na samochodziki i gumy do żucia z naklejkami. Małe skarby. Wtedy, jak opowiadał Michał, nie było tu prawie żadnych samochodów (a było to nie 50, tylko 20 lat temu), było za to o wiele więcej zarośli i krzaków niż dzisiaj. Co rano cała wróbla orkiestra ćwiczyła tu swoje symfonie.

Ogródki sąsiadów niedaleko Hallera, gdzie chodziło się na cudze truskawki i inne owoce, park, w którym bawiło się w wojnę. Wszystko to nagle zrobiło się takie małe. Mały Mateusz za każdym razem robił wielkie oczy, kiedy ojciec opowiadał mu, że bawił się tutaj jako chłopiec. Jakby słuchał historii z dawnych, dawnych czasów.

piątek, 13 listopada 2009

Światła ile tylko zechcesz



Dzisiaj znów po raz pierwszy od dłuższego czasu – słoneczny dzień o takiej mocy, że przed południem nic nie było w stanie utrzymać mnie przy biurku, dlatego wskoczyłam w swój wełniany sweter i wybiegłam klatką schodową na ulicę, łapczywie wciągnęłam haust powietrza i oślepiona słońcem przymrużyłam oczy.

Bez wątpienia były to warunki na moją standardową trasę przez Dolne Miasto, do Śluzy, koło bastionów i wreszcie wkoło Placu Wałowego na Stare Przedmieście. Pierwszy raz tej jesieni było tak zimno, że ślina wypluta przez kogoś na chodnik była zamarznięta, lodowe lusterka drobnych kałuż silnym blaskiem odrzucały promienie słoneczne z powrotem w górę. Każda dziura, każdy kąt i każdy róg ulicy był skąpany w świetle: kioski w podwórzach Łąkowej, ogródki przed niszczejącymi willami.

To było światło jak nóż sekcyjny, nic się przed nim nie ukryło. Nie ukrył się odpadający tynk na garażach przy Dobrej ani misternie wycyzelowane poręcze balkonowe przy Polnej albo Zielonej. Z tyłu nad Motławą siedziało więcej wędkarzy niż zwykle, jakby tylko czekali na dobrą pogodę, jakby i ryby czekały na dobrą pogodę i tak jakby obie strony zeszły się na umówione spotkanie.

Przy Śluzie roboty budowlane, a więc naciągam czapkę na twarz i szybko idę dalej, przy Bramie Nizinnej tradycyjny chaos, samochody nauki jazdy jak zwykle gromadzą się na Dolnym Mieście i Przedmieściu. Trzeba dać odpór temu natłokowi, wspiąć się na bastion Żubr i stamtąd popatrzeć sobie na Biskupią Górkę; nie, lepiej pójść na Plac Wałowy, zajrzeć do Wydziału Rzeźby w Małej Zbrojowni, sprawdzić też, czy stara fontanna zapełniła się już po brzegi butwiejącymi liśćmi (zapełniła się).
I wreszcie droga powrotna przez Rzeźnicką. Czar nagle uleciał. Pozostał jednak za mną, na Placu Wałowym – tam jest jego dom.

środa, 11 listopada 2009

Święto Niepodległości

Dzisiaj, 11 listopada, Polska obchodziła Święto Niepodległości – dokładnie 91 lat temu, po zakończeniu pierwszej wojny światowej, odzyskała ponownie suwerenność. Jest to więc nie tylko Święto Niepodległości, lecz także dzień radości i patriotyzmu – na ścianach wszystkich domów powiewają biało-czerwone flagi, dzieci biegają z chorągiewkami, niektóre są wielkości ich twarzy, inne tak duże, jak one same.

To była środa stanu wyjątkowego! Wszystkie sklepy zamknięte (prawie wszystkie – a w tych paru otwartych ludzie tłoczyli się, stali w kolejkach wychodzących aż na ulicę. Żeby kupić sobie dwa jabłka stałam chyba 10 minut przed sklepem na Ogarnej), otwarte kawiarnie w Śródmieściu były kompletnie przepełnione. No i te wędrujące tłumy ludzi!

Kto by pomyślał o czymś takim w sierpniu, kiedy Szeroką i Długą ciągnęły gromady turystów? A teraz, w listopadzie, z domów wyszli Gdańszczanie i zawładnęli Śródmieściem! Ludzka masa w bieli i czerwieni.
Wszyscy, którzy się zagapili i dziś nie mieli jeszcze w ręku żadnej chorągiewki, flagi, szala czy kurtki w tych barwach mogli się zaopatrzyć u kobiety stojącej z małym wózkiem na skrzyżowaniu Tkackiej i Długiej – było tam wszystko, czego tylko patriotyczna dusza zapragnie, leżało na wózku i czekało na kupujących.

Niemniej większość przechodniów była już dobrze wyposażona. Jednego jednak nigdzie nie można było kupić, dlatego tym piękniej było na to popatrzeć – na radość i wesoły nastrój ludzi dookoła.
Towarzyszyło temu też uczucie, że cieszyli się nie tylko dlatego, że mieli dzień wolny od pracy, ale i dlatego, że było co świętować.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Dziedzictwo i cytaty

Nawet jeśli obraz (ulic) miasta zmienia się wraz z biegiem historii, wiele jego dawnych elementów można jednak nadal rozpoznać, choćby nie zostały one odbudowane czy też przebudowane z wiernym oddaniem szczegółów. Architekturę również można cytować, czerpiąc z bogatego dziedzictwa historii miasta i jego zabudowy.

W okolicy, w której mieszkam wszystko, prócz kościołów na początku i na końcu ulicy, trzeba było odbudować. Nie trzymano się przy tym każdego detalu. Mimo to dostosowano się do (niegdyś) panującego tu stylu – odtworzono zabudowę szczytową, wąskie fasady. Oczywiście tutaj budynki nie są tak wymuskane jak na Długiej czy Piwnej, niemniej jednak – zachowały właściwe formy.

Style architektoniczne zmieniają się, ulegają nieustannej mutacji (skutki wątpliwej nieraz „ewolucji” można znaleźć chyba na całym świecie) – pomimo tego wciąż udaje się powracać do własnego dziedzictwa estetycznego, godząc postęp z tradycją.

Wśród najbardziej udanych przedstawicieli tej najnowszej architektury, która współzawodniczy z hanzeatyckim, gdańskim stylem, znajduje się kilka domów mieszkalnych stojących pomiędzy Starym Przedmieściem a Dolnym Miastem, oprócz tego projekty kompleksu budynków koło Żurawia także wzorują się na technice mimikry – wtopienia się w otoczenie i, na ile to możliwe, nie rzucania się w oczy. Polega to na przejęciu formy, zabawie z doborem materiałów – dużo okien, szkło, dzielenie elewacji.

Gdańsk – miejsce żywe i rozwijające się. Warto popatrzeć na teraźniejszość i spoglądać w przyszłość, nie tylko w przeszłość!