czwartek, 6 sierpnia 2009

Wielki Młyn Wodny



Dziś wróciłam ze spaceru po Starym Mieście rozeźlona, choć właściwie jest to jeden z rejonów Gdańska, które bardzo lubię – usiąść sobie pod którąś z wierzb rosnących wzdłuż brzegów Kanału Raduni i wetknąć nos w książkę…

Stary młyn to wspaniała perła przede wszystkim dla miłośników (dużych) budowli z cegły, w tym również i dla mnie. Długo nie mogłam się na niego napatrzeć i do tej pory celowo odmawiałam sobie zwiedzenia jego wnętrza… żeby przypadkiem nie przeoczyć żadnego szczegółu w zewnętrznej bryle budynku, obejrzeć wszystko dokładnie.
W końcu dziś wpadłam na genialny pomysł, aby wreszcie przyjrzeć się bliżej centrum handlowemu kryjącemu się we wnętrzu młyna.

Trudno uporządkować odczucia, które pojawiały się po wejściu do środka: atak migreny, nieodparta potrzeba, aby natychmiast zawrócić i wyjść, uciec stamtąd.
W Wielkim Młynie Wodnym sprzedaje się tandetę, czuć tam smród plastiku – jest pusto, jedynie paru zawiedzionych turystów drepcze dokoła. Jeśli jakoś przełknęłam całą tę tandetę i kicz na jarmarku, to przede wszystkim dzięki świadomości, że za dwa tygodnie się skończy. Ale czy naprawdę trzeba było w taki sposób sprofanować tak wspaniały budynek jak Wielki Młyn Wodny?
Przychodzą mi na myśl krakowskie Sukiennice. Tam też nie sprzedaje się rzeczy, których nie można by dostać gdzie indziej, ale przynajmniej nie sprawia to, że łzy cisną się do oczu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza